buk

werowy ogród 10/17

Październik raczej trudno byłoby nazwać miesiącem wytężonej pracy w ogrodzie, bo szczerze mówiąc to nie zrobiłam chyba nic. Nawet nie mogę sobie przypomnieć czy chociaż raz skosiłam trawnik. Chyba nie.

Bo co można zrobić, gdy wszystko jest mokre? Trawnika nie skosisz, a jak nie skosisz, to i nawozu nie rozsypiesz. Krzaków nie przytniesz, bo wszystko lepi się do nożyc + zwiększone ryzyko grzybka. Oprysku nie zrobisz na mokre liście i w ogóle zero ochoty na kontakt z mokrymi roślinami.

I teraz najgorsze i zarazem najbardziej szokujące – gdy jest tyle wody, to nawet zdjęć nie zrobisz, bo nie ma jak dojść do atrakcyjnych roślin. To zdarzyło mi się pierwszy raz – mam w ogrodzie jezioro o powierzchni 700 metrów kwadratowych i ani jednego kalosza.

Nawet po trawniku nie można sobie swobodnie pochodzić, bo stopa zapada się na głębokość pół metra, więc dzisiejszy post raczej nie będzie obfitował w atrakcyjne zdjęcia, bo nie dosyć, że mogłam się poruszać jedynie skacząc z górki na górkę (po co tak dokładnie wyrównałam poziom ziemi??? nie polecam) to na dodatek musiałam się bardzo spieszyć żeby nie zapaść w błotko.

Zacznijmy od początku, czyli od klonu. Chyba coś zgubił.

 

liście klonowe

 

Mam nadzieję że się połapie i poskłada to z powrotem do kupy, a jeśli już serio nie chce tych liści i woli być goły, to chociaż niech je przerzuci z trawnika na rabatki.

 

jesień w ogrodzie

 

Bo jeśli tego nie zrobi, to będę musiała wziąć kosiarkę i to tę ogromną, bo jeśli się biorę za wciąganie liści małą kosiarką, to kosz się zapełnia już po dwóch przejechanych metrach, czego nie polecam, bo trzeba go wtedy opróżniać jakieś tysiąc pięćset razy albo i więcej.

 

jesienny ogród

 

Jeśli się zastanawiacie dlaczego wstawiam już trzecie niemal identyczne zdjęcie, to informuję że tylko tu jest w miarę sucho i mogę bezpiecznie postawić stopę w adidasie, dlatego mam nadmiar fot z tego miejsca, a niedomiar z każdego innego punktu ogrodu.

Do miskantów również dało się podejść. Te po lewej stronie to miskanty olbrzymie i kwitną już drugi rok z rzędu, ale muszę przyznać, że ciężko podziwiać te kwiaty, bo są tak wysoko, że musiałabym być żyrafą albo chociaż iść do szopki po drabinę, żeby rzucić na nie okiem. A z dołu ich prawie wcale nie widać.

 

miskanty

 

Te po prawej już mają więcej kultury, nie uciekły do nieba, tylko zatrzymały się akurat na wysokości wzroku.

Nie wiem czy chcecie kolejny raz oglądać tę rozplenicę, ale musicie, bo to zdjęcie robiłam z narażeniem życia.

 

rozplenica w ogrodzie

 

Tak samo jak to – na szczęście mam zoom w telefonie. A wysilałam się tak, byście mogli sobie popatrzeć na czerwonego derenia.

 

dereń sibirica

 

Budleja prawdopodobnie nigdy nie przestanie kwitnąć.

 

budleja

 

Ale biedaczka musi nadrabiać za tego obiboka, który się zbierał do kwitnienia kilka miesięcy, wydał kilkanaście pąków, ale niestety poddał się zbyt wcześnie i zapadł już chyba w zimowy sen.

 

hibiskus bez liści

 

Tzn. chodzi o te czerwono-żółte witki na środku zdjęcia, to hibiskus, o którym niedawno pisałam same miłe rzeczy, ale teraz już patrzę w jego stronę bardziej sceptycznie.

A teraz już koniec tego postu, a skończy się on tak samo jak się zaczął. Czyli klonem.

 

jesienny klon

 

Jak widzicie, ma jeszcze trochę do zrzucenia, co prawda mówię mu, że nie jest aż taki gruby i że nie musi się odchudzać, no ale do niego to nie dociera i mówi, że musi zgubić jeszcze parę kilogramów. Jak tak dalej pójdzie to zostanie z niego tylko szkielet.

Już za miesiąc w poście „werowy ogród 11/17” dowiecie się jak skończyła się historia odchudzania i w ogóle informuję, że za miesiąc będzie już prawie grudzień, a wiecie co jest w grudniu???

Autor: wera

redaktorka naczelna BLOGA miejskiOGRODNIK - moja przygoda z ogrodnictwem odbywa się na wielu płaszczyznach, jedną z nich, jest dzielenie się z Wami moimi ogrodniczymi historiami

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *