flamingi ogrodowe

moje flamingi wreszcie mają sens

Trochę mi to nie pasowało, że flaming niby takie wodne stworzonko, a u mnie w ogrodzie ani kropli wody. Na początku lata, przez jakieś dwie minuty rozważałam nawet urządzenie oczka wodnego, tylko po to żeby jakoś uzasadnić obecność flamingów, ale gdy pomyślałam ile to kopania, porzuciłam ten plan. I słusznie, bo teraz oczko wykonało się samo.

Wstęp do tego postu, czyli jakieś 80 procent całego teksu odbędzie się pod wezwaniem typowo czwartkowego hasztagu, czyli #TBT.

#TBT – czyli czwartkowe wspomnienia

Rzadko się to zdarza, a wręcz superrzadko, żebym coś wspominała, ale akurat dziś mamy okazję, żeby to porobić, więc poróbmy.

Cofnijmy się o kilka lat, był to chyba styczeń

Wera wesoła studentka wraca do wesołego akademika z nowym różowym kalendarzem, a w tym kalendarzu 12 różnych zdjęć na każdy miesiąc, ale na każdym z nich wspólny motyw – plastikowy różowy flaming. Już wtedy byłam zwolenniczką niezdrowych porcji kiczu, dawkowałam go bez opamiętania, więc kalendarz doskonale wpisał się w mój lajfstajl. Trochę mniej wpisywał się w stylówkę mechaniki i budowy maszyn, które akurat studiowałam, ale dla wesołej wery nie było problemem godzić różowy plastik ze stalą kontrukcyjną.

Różowe flamingi zerkały na mnie z kalendarza przez cały rok, a gdy rok się skończył, nie wyrzuciłam ich, tylko powycinałam te fotki i powstawiałam w ramki. Od tego momentu, każdego miesiąca, patrzył na mnie nie jeden flaming, a dwanaście, bo wreszcie mogłam podziwiać wszystkie dwanaście zdjęć w jednym czasie, a nie tak jak to w kalendarzu, że w lutym żegnasz się ze zdjęciem styczniowym i tak dalej, więc jak widzicie, udało mi się wyeliminować najgorszą wadę kalendarza, czyli podziwianie tylko jednego zdjęcia miesięcznie.

No i mam te zdjęcia nadal, ale ciągle nie miałam ich gwiazdy, czyli plastikowego flaminga. W ameryce mają ich jak mrówków, a w pl ani jednego. Co prawda moi mili przyjaciele od czasu do czasu podsyłali mi linki do różnych flamingów, ale to nie były dokładnie te same, tylko jakieś nędzne podróby (bez urazy, przyjaciele).

Teraz przeskoczmy do maja tego roku, a może nawet czerwca

Był poniedziałek, kiedy zobaczyłam w gazetce biedronki (tzn. ktoś mi doniósł, że zobaczę, bo tak to bym tam nie zajrzała) prawdziwe różowe flamingi, o jakich marzyłam, dokładnie takie jak w kalendarzu.

W żadnej z biedronek w moim mieście ich nie było, ale na szczęście znalazłam je w biedro w pobliskiej wsi. Kupiłam dwa i zabrałam do ogrodu.

Tego samego dnia, popołudnie

Stanęłam na środku ogrodu z dwoma nowymi flamingami w ręce i się zawiesiłam. Nie wiedziałam gdzie je ustawić. Wiedziałam, że flamingi lubią wodę, ale przecież ja nie miałam ani morza, ani jeziora, ani nawet marnego oczka wodnego.

Na szczęście mam głowę nie od parady (iq365), więc wspaniale sobie poradziłam z tym wyzwaniem – zorientowałam się, że moje niebieskie trawy mogą doskonale udawać wodę, w końcu kolor się zgadza, więc jeśli wstawię flamingi w niebieską kostrzewę lub wydmuchrzycę, to tak jakbym wstawiła je do wody. Mniej bystrzy goście w ogrodzie by się nawet nie zorientowali, że to nie woda. Na bank by się nie zorientowali, ale nie mogłam się o tym przekonać, ponieważ jak już mówiłam, nikt mnie nie odwiedza. Tak czy inaczej, nie macie podstaw, by podważyć moją tezę.

Kilka dni temu

Pamiętacie takie powiedzonko o mahomecie i górze? Teraz powstało nowe, tylko że zamiast mahometa mamy werę, a zamiast góry mamy wodę. Oczko wodne samo do mnie przyszło i to prosto z nieba! Modlitwy moich flamingów zostały wysłuchane i chmurka na niebie się nad nimi zlitowała – wylała tyle wody na mój ogród, że flamingi już nie muszą improwizować w kępie trawy, mogą być prawdziwymi flamingami w prawdziwym bajorze.

 

flaming w ogrodzie

 

Widzicie jaki jest szczęśliwy??? Jak wesoło się pluska, jak beztrosko się tapla? A ten drugi??

 

flaming

 

Jak dostojnie kroczy w swoim nowym wodnym królestwie, jak majestatycznie stawia kroki, aż żałuję, że nie mogę tu wstawić filmu, bo wtedy byście zobaczyli.

Można powiedzieć, że szczęście się dopełniło, teraz mam wszystko. Mam dwa szczęśliwe flamingi jak z obrazka, mam ogromne oczko wodne i teraz jedyne czego mi brakuje to krewetki dla moich różowych przyjaciół, gdyż nie wiem czy wiecie, ale to dzięki jedzeniu krewetek flamingi są w stanie utrzymać swoją różową barwę.

A ja chcę żeby pozostały różowe, dlatego muszę się udać do biedro na kolejne zakupy, ale tym razem wrócę z siatą pełną krewetek i wtedy już nic nie zepsuje mojego raju.

Autor: wera

redaktorka naczelna BLOGA miejskiOGRODNIK - moja przygoda z ogrodnictwem odbywa się na wielu płaszczyznach, jedną z nich, jest dzielenie się z Wami moimi ogrodniczymi historiami

2 myśli na temat “moje flamingi wreszcie mają sens”

  1. Ha! Ale masz oczko 😉 No i flamingi szczęśliwe. Kurde, ja też lubię krewetki i mam nadzieję, że futro mi się od nich nie wybarwi na różowo. Chociaż może byłoby ciekawie 😉 A tak szczerze, to w tym roku lato i jesień są wyjątkowo mokre. U mnie październik przyniósł trochę słońca i można było podziwiać złotą polską jesień. Serdeczności 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *