sadzenie sałaty

proszę pana, a dlaczego ta kapusta nie jest okrągła, czyli warsztaty ogrodnicze dla dzieci

Mam nadzieję, że każdy z was zdążył już załapać co jest główną misją ekipy miejskiego ogrodnika – chodzi tutaj o to, by ożywić polskie ogrodnictwo, by nie uprawiali go jedynie ludzie w wieku 100+, ale też trochę młodsi użytkownicy naszego kraju, np. dzieci. I ostatnio znaleźliśmy idealnego kompana do tej działalności – piotrusia królika. Kim jest ten magiczny królik? Postacią filmową, która być może spowoduje, że kilkulatkowie choć na kilkanaście minut zamienią tablet na łopatkę. Już to zrobiły, mimo że film nawet nie miał jeszcze premiery, zobaczcie sami!

Podczas naszego pięknego #FPO naszą główną grupą docelową były osoby w wieku 25-45, ale teraz to już postanowiliśmy totalnie zaszaleć i mimo tego, że wiedzieliśmy, że dzieci potrafią każdego wykończyć, nawet osoby ze stali, takie jak wera, to podjęliśmy to wyzwanie i nawet przeżyliśmy, choć nie było to takie hop siup i pod koniec tych warsztatów już marzyłam jedynie o odrąbaniu sobie bolących stóp upstrzonych odciskami w różnych kolorach oraz o amputacji uszu, które tego dnia umarły.

Z jakiego powodu umierają uszy

Pierwszy etap umierania

Zgłasza się firma promująca nowy film dla dzieci, którego akcja toczy się w ogrodzie. Już w ciągu kilku pierwszych sekund zdążyliśmy się podekscytować, bo to świetny pomysł, że dzieci otrzymają swojego animowanego przewodnika po ogrodowych sprawach, czyli piotrusia królika. A jakie jest nasze zadanie? Pośrednio – wspomóc promocję królika, bezpośrednio – pokazać dzieciom, że uprawa warzyw i ziół to nie ciężka tyrka dostępna tylko dla ich dziadków, lecz świetna zabawa. Przecież nawet króliki to ogarniają, z tego co zauważyłam gapiąc się cały dzień na tę postać z marchewką w ręce z plakatów, które były wszędzie. I firma pyta – pomożecie nam? A my: taaak!

Drugi etap umierania

Planujemy warsztaty, bo to jest oczywiste, że  warsztaty są najlepszym sposobem na dotarcie do dzieci, opowiadanie to za mało, to trzeba zobaczyć, zrobić, trzeba tego doświadczyć.

W strefie piotrusia królika dzieci mogą spróbować wyciskanego na ich oczach marchewkowego soku, mogą pobawić się marchewkami, mogą zrobić sałatkę warzywną i – to co dla nas najbardziej istotne – przyjść z wizytą do naszej magicznej szklarni. Strefa została zbudowana w posnanii – ogromnym centrum handlowym, no sami powiedzcie, zy to nie jest idealne miejsce, by szukać kolejnych ludzi, których można zarazić ogrodniczą pasją?

Snują się między wieszakiem z sukienką a wieszakiem ze spodniami, najczęściej całymi rodzinami, gdy tym czasem za ścianami centrum handlowego dzieje się normalne życie – słońce, powietrze i inne tego rodzaju naturalne, wiosenne sprawy.

I trzeba złapać te zombie i pokazać im, że jednak może warto rozszerzyć harmonogram weekendowych rozrywek o pogrzebanie w ziemi, o wsadzenie czegoś nowego, o spróbowanie życia poza zasięgiem klimy i wifi.

Trzeci etap umierania

Otwieramy nasz magiczny ogród jeszcze przed jedenastą i już kilka minut później mamy w środku armagedon, okazało się, że w ogóle nie trzeba dzieci zachęcać do odwiedzania ogrodu, bo same przybiegły. Też czasami macie wrażenie, że dzieci się mnożą w jakiś dziwaczny, totalnie niezorganizowany sposób i jest ich coraz więcej i więcej, bez żadnego logicznego powodu, czyli bez udziału rodziców. Jak to się dzieje?

 

ogród piotrusia królika

 

Żeby nad tym zapanować, musieliśmy się z cezarem przeorganizować – on przejął sodomę – szklarnię, a ja gomorę – ogródek. Cez pokazywał dzieciom zioła, mogły wąchać, mogły je nawet zjadać, a następnie mogły się udać z nimi do mnie tylko po to, żebym mogła się przewrócić ze zdziwienia widząc, że 90% z nich zamierza je sadzić do ziemi z doniczkami. I mówię – wera, chyba się pomyliłaś, chyba ten dzień będzie trochę inaczej wyglądał niż w twojej wyobraźni, bo to chyba jednak nie jest oczywiste, że przed wsadzeniem rośliny należy zdjąć z niej doniczkę produkcyjną.

Zdarłam sobie głos tłumacząc ogrodniczy świat tym bobaskom, ponieważ gwar był nie tylko u nas, ale też i na sąsiednich stoiskach, a na dodatek na scenie ludzie rozmawiali używając mikrofonów. Co za fatalny wynalazek. To już doniczka w ziemi ma większy sens niż zabijanie werowych uszu mikrofonem na scenie.

Czwarty etap umierania

Po dwóch godzinach szło nam idealnie – zamieniliśmy nasz ogródek w taśmową produkcję ogrodników. Dziecko wchodziło przez furtkę, szło najpierw do szklarni do cezara, zapoznawało się ziołami i warzywami, wybierało któreś z warzyw z tacek z rozsadami i ze swoją roślinką przejeżdżało taśmą do następnego punktu.

 

rozsada warzyw

 

Następnym punktem były cztery malutkie ogródki, w których dzieci sadziły wybrane wcześniej warzywa/ Mówiłam im co i jak i pokazywałam jak zrobić dołek w ziemi i którą stroną należy włożyć roślinę do tego dołka. Najłatwiej szło z kapustą, najtrudniej z pomidorem, bo pomidory nie chciały stać prosto. I mówię takiemu bobaskowi – słuchaj no bobasku, jeśli chcesz żeby ten pomidor się nie przewracał, to musisz cały ten interes jakoś uklepać wkoło. I te dzieci co robiły tej, no wyobraźcie sobie, że jak kazałam im uklepywać, to one uklepywały całego pomidora, całą sadzonkę z góry zgniatały rękami i wbijały w ziemię, czaicie to???

Więc kolejny raz musiałam sama przed sobą się przyznać, że dzieci są za trudne dla mnie i że kolejny raz tego dnia, tzn. 478 raz od godziny jedenastej, a była dopiero 14, muszę zmienić taktykę i zacząć na dzień dobry tłumaczyć, że nie robimy z sadzonek miazgi, chyba że od razu chcemy je wrzucić do garnka.

Piąty etap umierania

To mit, że dziecko brudne to dziecko szczęśliwe, może było tak w latach dziewięćdziesiątych, ale współczesne dziecko, weekendowo wystrojone, obecne w pięknym i czystym CH (centrum handlowe), chce być równie piękne i czyste jak ono.

Dlatego cez dzielnie wciągał na dłonie czyścioszków rękawiczki.

 

ubieranie rękawiczek

 

Ale gdy rodzice nie patrzyli, rękawiczki nie były konieczne.

 

sadzenie sałaty

 

Zresztą ziemia była naprawdę bardzo sucha, zero błotka, więc łatwo było wytrzepać ręce.

Szósty etap umierania

Na recykling wpadliśmy dość wcześnie. W ogóle to było trochę śmieszne, bo mieliśmy tylko cztery takie miniogródki, o takie:

 

sadzenie warzyw

 

I jak przychodziło dziecko, to wybierało sobie warzywo u ceza:

 

sadzenie sałaty

 

Później je sadziło razem ze mną, później szło po następne i następne i gdy wsadziło już z 10 i już musiało wracać pomiędzy wieszaki, to gdy tylko znikało nam z pola widzenia, wyciągaliśmy te sadzonki z powrotem i wkładaliśmy do tych tacek z rozsadami w ten sposób, że były wielokrotnego użytku, no bo sami chyba przyznacie, że tak było najrozsądniej.

Ale daro się nie cackał. Ja tak patrzę, a ten, ledwo tylko dziecko powiedziało że koniec i że idzie po dyplom, ten już się brał za wyciąganie warzyw, daro nie możesz!!! Nie dałam rady ci o tym powiedzieć od razu, bo było za głośno i byś mnie nie usłyszał, ale to może być chyba pewnego rodzaju przykrość dla dziecka, takie niszczenie jego pracy na jego oczach, tak mi mówi moja empatia, która jest trochę niedorozwinięta, ale jednak chyba jakaś jednak jest, no na pewno większa niż darka xd.

Siódmy etap umierania

Dyplomy – każde dziecko, które ogarnęło jak wsadzić kapustę oraz seler, dostawało dyplom, który był bardzo niekorzystnie skonstruowany, ponieważ zamiast wpisać normalnie imię typu wera, trzeba było wpisywać dla wery, dla marysi, dla witka i teraz sobie wyobraźcie, jak bardzo dziwaczne potrafią być niektóre imiona kilkulatków. Co drugiego musieliśmy prosić żeby powtórzył (również z powodu hałasu), a najgorsze, że w przypadku dziewczyn nie zawsze wiedzieliśmy przez ile „i” na końcu pisze się jej imię, a w przypadku niektórych imion w ogóle nawet nie mieliśmy żadnego pomysłu jak je odmienić, aż w końcu jeden kilkulatek wziął nam pisak i sam sobie napisał swoje imię na dyplomie (lol omg olaboga), to był gwóźdź do trumny. Dlatego wiadomix, że lepsze byłyby dyplomy z mianownikami.

Ósmy etap umierania

Zrezygnowaliśmy z recyklingu na rzecz rozdawania sadzonek warzyw. Te używane, zamiast wsadzać z powrotem do tacek, rozsadzaliśmy do kubków i rozdawaliśmy dzieciom.

 

sadzonki warzyw

 

To był doskonały pomysł, bo dzięki temu uczestnicy mogli zabrać do domu coś więcej niż dyplom z koślawo napisanym imieniem – mogli zabrać sadzonki warzyw i samodzielnie porozsadzać je w domu zgodnie z naszymi superprofesjonalnymi wskazówkami, czyli nie wsadzaj ich do ziemi z kubkiem (xd), nie zgniataj ich na miazgę i nie dziw się, że ta sadzonka kapusty nie jest okrągła.

Czy warto było się narazić na utratę uszu oraz stóp?

Wiadomo, że tak, bo gdy rozbudzamy ogrodniczą pasję w dzieciach, to tak naprawdę ta niby krótka, niewiele znacząca, jedna z wielu sobót może mieć swoje konsekwencje przez kolejne kilkadziesiąt lat – tak długo, jak długo o roślinach będą myśleć te świeżo kształtowane przez nas umysły. Dlatego uczenie dzieci i wspieranie ich ogrodniczego rozwoju jest lepszą inwestycją w branżę niż cokolwiek innego.

Aha, i nie wiem, czy to udźwigniecie, bo tak jak w zeszłym miesiącu miałam fazę na pisanie przedługimi, nigdy niekończącymi się zdaniami, tak teraz wciąż widzę i wciskam wszędzie wątki wielkanocne.

Więc napiszę to, czy tego chcecie czy nie – tak jak jezus postanowił poświęcić swe życie w imię zmartwychwstania ludzkości, tak i wera może poświęcić swoją stópkę oraz ucho w celu przyspieszenia zmartwychwstania ogrodnictwa.

Choć nadal trochę się martwi, że nie będzie miała na czym uwiesić kolczyka, gdy pójdzie na imprezę i na co włożyć sandała.

 

 

 

 

Autor: wera

redaktorka naczelna BLOGA miejskiOGRODNIK - moja przygoda z ogrodnictwem odbywa się na wielu płaszczyznach, jedną z nich, jest dzielenie się z Wami moimi ogrodniczymi historiami

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *