no i kończy się najgorszy miesiąc w roku

Dobra, teraz tak serio, czy w ogóle znacie cokolwiek gorszego od lipca? Od trzydziestostopniowych upałów, od braku deszczu, od spoconych januszów na zwyczajnych miejskich, nieplażowych ulicach, którzy sobie chodzą bez koszulki, a ich owłosienie klatowe jest całe spowite lepką mazią, czyli ich własnym januszowym potem zmieszanym z miejskim brudami i nieszczęśliwie zaplątanymi w to wszystko małymi owadziątkami takimi jak mucha, czy biedronka?

Nie no, raczej nie znacie, chociaż wiem, że istnieją ludzie, którzy mówią, że lubią lato, no ale to na pewno nie są tacy ludzie jak ja, jak popatrzycie sobie na mój wygląd, to od razu zobaczycie, że ta białolica, blondwłosa osoba bez rzęs i brwi nie powinna mieć nigdy kontaktu z temperaturą powyżej dwudziestu dwóch stopni, gdyż nie po to mieszka ona w strefie umiarkowanej, by znosić upały bez umiaru. Zdecydowanie lepiej komponuję się z chłodem poranka i rzędem sopli u dolnej krawędzi szala.

I tak sobie właśnie żyję w tym lipcu, w tym peelu, co nie jest skrótem od peelingu, którym ścieracie sobie skórę z twarzy, lecz skrótem od słowa polska i tak sobie właśnie cały ten lipiec myślałam: wero, polub lato, wero, polub upał, wero, koniecznie musisz polubić te promienie słońca oraz wesołą atmosferę wakacji, gdyż ona się nie powtórzy cały rok.

Ale upał wpływa na mnie tak, że ja nawet nie umiem sklecić sensownego zdania, dlatego ze względu na brak elokwencji, charyzmy, czy chociażby jakichś śladów zwyczajnej umiejętności sklecenia zdania przez całe lato nie byłam w stanie sama siebie do tego przekonać, a ten post powstał wyłącznie dlatego, że jakoś się skompresowałam i jednak zmieściłam w lodówce, ale musiałam wszystko z niej wystawić i teraz to keczup i ser żółty cierpią, podczas gdy ja mogę zażywać życia, chłodu i pisania. No ale sami powiedzcie, czy keczup właściwie korzystał z tego przywileju jakim jest życie w warunkach nadających się do życia, czyli w chłodzie, a nie w takich jak ja, czyli w polskim lecie? Nie, wydaje mi się, że marnował potencjał tego chłodu, dlatego nie żałujcie keczupu.

I nie byłam w stanie przekonać sama siebie do polubienia upałów, ale też nie był stanie tego dokonać nikt inny, ponieważ ja w ogóle nie umiałam słuchać ludzi. Gadasz coś do mnie, gadasz, a tu nagle hyc – mózg mi się wyłączył i już nic więcej nie słyszałam, czyli nic poza „cześć wero”, bo później gadałeś coś jeszcze, ale ja już przechodziłam w stan odwróconej hibernacji, czyli że coś jakbym była zamrożona, tylko zupełnie odwrotnie, bo na skutek nie chłodu, a żaru, który nie tworzył wokół mnie skorupy jak lód, tylko raczej płomień odcinając mnie od każdego rozmówcy.

A od jutra jest sierpień, który zajmuje dopiero czwarte miejsce w rankingu moich najgorszych miesięcy, więc na pewno nie będzie już taki zły, bo może w końcu doświadczę chłodu poranka, ale nie takiego chłodu, że wyjdę w szortach i topie i się nie rozpłynę już na progu (teraz są takie poranki w sensie 5.30 a nie ósma xd), tylko raczej takiego chłodu, który mi powie: wero, weź się cofnij i weź bluzę, albo lepiej kurtkę, wero.

I ja wezmę i się cofnę i powiem uff, czuję już jesień za pasem, wspaniale, znowu mogę żyć, słuchać ludzi, układać zdania po polsku i mieć nadzieję, że lipiec mnie ominie w następnym roku.

I właśnie to wszystko nastąpi już jutro – bluza, kurtka i wesołość werowa.

 

 

Autor: wera

redaktorka naczelna BLOGA miejskiOGRODNIK - moja przygoda z ogrodnictwem odbywa się na wielu płaszczyznach, jedną z nich, jest dzielenie się z Wami moimi ogrodniczymi historiami

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *