zieleń to życie 2k18 – sny, koszmary, nadinterpretacje i #pamiętamy

Jakby wam to napisać… żeby było prosto i przystępnie, ale jednocześnie niedołująco i nieprzygnębiająco. Po pierwsze powiem wam, że jedną relację już napisałam w piątek, po prostu leżałam sobie do góry brzuchem na tapczanie wielce zmęczona całotygodniową pracą, aż nagle wstałam, poszłam do kompa i napisałam ponad tysiąc słów wylewając z siebie wszystkie zarzuty nie tylko wobec zeteżetów, nie tylko wobec branży ogrodniczej, ale przede wszystkim wobec narodu, który po prostu nie jest gotowy na nic lepszego, co na wschodzie PL dobija jeszcze bardziej, ponieważ dosłownie razi w oczy niewinne osoby przybywające tu nie po depresję, lecz inspirację, w tym mnie.

Napisałam i sobie poszłam robić jakieś weekendowe rzeczy, a gdy poszłam spać, to śniło mi się to wszystko, teraz uważajcie co: otóż że janusz ogrodnictwa taki jak zont zakłada rabaty obsypane kamieniami i jak wiecie do tej pory działo się to w dwóch wymiarach, czyli mamy oś iks i oś igrek, które ogarniają płaszczyznę. Tę płaszczyznę stanowi czarna szmata, zwana wielce elegancko agrowłókniną. I na tej powierzchni janusz tworzy mozaiki z kolorowych kamieni, tak by zachwycić wybredne oko grażynki spragnione kolorów, kontrastów, a brzydzące się ziemią i liściem.

I w tym oto potwornym śnie wydarzyło się coś, na co jeszcze nawet zont nie wpadł, otóż kamienie były układane również w zakresie osi zet, czyli w pionie. Czyli najpierw była warstwa białego kamienia łamanego gruba na dziesięć cm, na niej biały otoczak warstwa dziesięć cm, a na tym jeszcze jasnoszary granit, warstwa ok. 7 cm.  Razem dawało to 27 cm.

I w tych estetycznych warunkach jedyne co mógł janusz posadzić, to były dziwolągi na kiju, czyli mam tu na myśli fantazyjny świerk lub mikrojodełkę zaszczepioną na wysokości metra lub dwóch.

Wiem, że mój sen wymaga nie tylko znajomości geometrii i matmy, ale też katalogu szkółki polskie korzenie, a do tego dochodzi jeszcze moja zbyt swobodna polszczyzna, no ale mam nadzieję, że większość z was nadąża, a jeśli nie to może będzie graf.

I teraz sobie wyobraźcie, że niechcący w tym śnie wyszedł na jaw sens szczepienia tych iglaków na pewnych wysokościach, otóż ze snu wynikało, że przydaje się to podczas dokładania kolejnych warstw coraz bardziej fantazyjnego kamienia, bo gdyby pnia nie było, to roślina byłaby już pod ziemią.

Po co dokładać kolejne warstwy, skoro nie widać tych pod spodem?

Otóż było to tak zorganizowane, że w niektórych miejscach rabaty były utworzone leje pozwalające obejrzeć spodnie warstwy, a w dodatku wszystkie brzegi rabat były stopniowane w ten sposób, że każdy mógł sobie prześledzić fantazję janusza od pierwszej warstwy do ostatniej.

I później śniła mi się jeszcze gromada znajomych szkółkarzy i każdy z nich wspinał się na ogromną sosnę i później oni tak dyndali na wietrze na tych sosnach i machali do mnie pozdrowienia, a ja się dziwiłam kto zbudował takie wysokie zjeżdżalnie przy tych sosnach, bo one miały z 15 metrów.

a teraz przejdźmy do tych horrorów bardziej na jawie, które są jeszcze bardziej absurdalne niż te senne

Nie wiem dlaczego ten wyjazd był dla mnie aż tak wielkim szokiem, przecież zawsze wiedziałam, że warszawiacy lubią się kąpać w martyrologii, że celebrują pamięć o porażkach, które nazywają zwycięstwami, bo odważyli się te porażki ponieść, co wierzcie mi że jest – dla przyjezdnego człowieka, lub takiego oglądającego warszawę w tv – niepojęte.

I już nawet nie zliczę tych wszystkich napisów „pamiętamy xxxx rok”, bo były one wszędzie – na plakacie, na pomniku, na oknie kawiarni, a nawet na płachcie osłaniającej kilkumetrowe rusztowania.

Dlaczego lubicie się gnębić? Co jest w tym budującego, pożytecznego, co wam to daje? Kiedy w końcu pożegnacie się z traumami i zauważycie, że moglibyście być w europie jeśli tylko byście chcieli?

I na tym warszawskim klimacie wyrosły ztż

Wiem, że dzisiejszy post to jedna wielka dygresja, ale to głównie dlatego, że jest to ostatni post w tym roku, więc już później nie będę tego mogła dopisać, więc sorki.

I teraz przez chwilę spróbuję być konkretną osobą.

Co było fajne na ztż?

Zgodnie z cezem i darem uznaliśmy, ze ta lada to był największy hit.

 

 

I że to wspaniały pomysł dla butików, sklepików, kosmetyczek i fryzjerek, że każda recepcja w każdym biurze mogłaby tak wyglądać. To pomysł o megaszerokim zastosowaniu, wyglądający wspaniale, świeżo i radośnie, mogący się sprawdzić nie tylko w firmach z branży ogrodniczej, ale i w każdej innej.

Kompozycja roślinna podświetlana lampkami pełni funkcję zwyczajnej lady, więc nie widzę ograniczeń w zastosowaniu, tym bardziej że gatunkami roślin można bez trudu manipulować.

Ogólnie to gratki dla acrocony i dla projektantów stoiska.

Jednak jak co roku największym zainteresowaniem cieszyło się stoisko szmit, którego autorzy w tym roku postawili na patriotyczne motywy, co się zgrabnie wpisało we wschodniopolskie klimaty celebrowania polskości.

 

 

Czerwone maki w białej trawce, kolumny jak flaga, nie no, serio? Może to miał być żarcik, taki pastisz?

Może pomyślicie, że nie mam szacunku dla flagi i dla patriotyzmu, ale gdybyście też posiedzieli w warszawie parę dni, to również mielibyście dosyć tego klimatu, powstaniec wyglądał dosłownie zza każdego rogu i nie dziwi was to, że np. w poznaniu czy w szczecinie ludzie potrafią się obyć bez tych historycznych kąpieli, a na wschodzie jest to jakieś osiemdziesiąt procent tożsamości polaka?

I teraz stoisko panek, które miało pewną przewagę nad innymi stoiskami. Dobrze wypadało na fotach z bliska, ale jeśli spojrzycie na tę kompo z daleka, dostrzeżecie zbytnią rytmiczność i parę innych wtop. Na przykład spójrzcie na ten kolaż, o ile lepiej to wygląda bez doniczek produkcyjnych?

 

 

Zdaję sobie sprawę z tego, że dla niektórych wystawców zakup paru desek i zbicie ich do kupy to za wielki wysiłek, którego nie warto podejmować w celu zakrycia doniczek, ale w tym roku pojawiła się ciekawa alternatywa  kołderka z mchu.

 

 

Tylko głupio, że wystarczyło go tylko na połowę stoiska, a druga połowa wygląda jak u panków, czyli źle. Jednak i tak propsy za niegłupi pomysł niewymagający ani jednego gwoździa.

Tutaj również mamy niezwykle nowatorski pomysł na okrycie donic…

 

 

Z daleka myślałam, że to biała agrowłóknina, jednak okazało się to nieco szlachetniejszym materiałem, tylko powiedzcie mi… po co?? I dlaczego tak? Że tylko do połowy?

Może i by było to w miarę do ogarnięcia mózgiem, gdyby ta szmata symbolizowała śnieg, a w tym byłyby rośliny zimozielone, ale nie wszystkie są zimozielone, więc to tylko takie tytułowe #nadinterpretacje.

florystyka i różne beki okołoflorystyczne

Wydawałoby się, że pomysł z poświęceniem jednej z sal na florystykę będzie strzałem w dziesiątkę, wszak wiadomo, że na gardenii ten pomysł okazał się sukcesem i że niedługo może się okazać, że tak naprawdę to florystyka będzie w ogóle ciągnęła ten targowo-wystawowy niby ogrodniczy biznes. Oczywiście dopóki się nie zorientuje, że to ona ciągnie i wtedy szkółki, nawozy i kosiarki staną się zbędnym balastem, raczej musi tak być, ale raczej jeszcze nie w następnym roku.

Ale wracając do 2k18 – florystyka miała być jasną gwiazdą na tym ponurym niebie (w naszym mniemaniu), na florystycznej sali miały być ścięte kwiaty, bukiety, pokazy florystyczne i… kwiaty domowe.

Uwaga dygresja nr milion pięćset

Z jakiej paki skrzydłokwiat w doniczce i monstera z korzeniem podziemnym i nadziemnym lepiej się klei z bukieciarstwem niż z miejską ogrodniczką?

Dlaczego florystyka zagarnęła ten sektor? Odpowiedź jest prosta, choć nie do końca logiczna. To w kwiaciarni, u florysty kupujesz kwiat doniczkowy. Florysta zajmujący się układaniem kwiatów ciętych jest osobą mającą ci doradzić, czy na twój parapet lepiej pasuje eszeweria, czy kaktus.

Jest totalnie mało sklepików z kwiatami domowymi. Za to kwiaty doniczkowe są w niemal każdej kwiaciarni. Oczywiście wiem dlaczego, bo niektórzy na prezent wolą z korzeniem, bla bla, ale nadal mi się to nie klei i mam nadzieję, że jednak sklepiki z kwiatami żywymi będą powstawać, bo ich brakuje. Z ogrodnikiem, a nie florystą pośród nich.

Poddygresja

To głupie, że we florystyce są kwiaty sztuczne i żywe, z czego te żywe to dla każdego ogrodnika – nieflorysty już trupy, bo przecież właśnie zostały odcięte od życia sekatorem lub nożyczkami. Żywy kwiat ma korzeń, chyba że jest oplątwą itp.

No i jak w końcu było w tej sali florystycznej?

Nie spędziłam tam zbyt wiele czasu, bo mnie to nudziło, ale czujny nos blogerki wywęszył aferę. Kwiatowo – plastikowe kompozycje musiały się źle skończyć.

 

 

Jest megahejt na słomki. Zapychają dzioby morskim ptakom i lądują w żołądku ryby. Picie przez plastikową słomkę to obciach, a czy obciachem jest używanie ich we florystyce?

Podobno autor, którego nazwisko znajdziecie na zdjęciu miał jakiś zamysł i zdradził go na pokazie, czyli w momencie kiedy był na scenie, ale wtedy nie było tam ani mnie, ani żadnego z moich znajomych. A cała reszta świata milczy. Nie znajdziecie info ani na fp autora, ani na stronie ztż, no serio nigdzie. Ci co byli na pokazie mówią, że jest jakieś przesłanie, ale ewidentnie owiane tajemnicą, bo nikt nie chce nic zdradzić. O co tu chodzi??

Ci którzy niby pochopnie ocenili (zinterpretowali) pracę florysty, mam tu na myśli magdę z bloga barwy ogrodu oraz komentujących jej post, zostali osapani, że dlaczego nie zapytali autora o przesłanie zanim osądzili, ale powiedzcie, czy to jest normalne, żeby przed zinterpretowaniem dzieła artysty pisać do niego lub dzwonić z pytaniem o co chodzi w jego sztuce? Każdy interpretuje na swój sposób to co widzi i nawet jeśli ktoś rzeczywiście chciałby się wykazać dociekliwością, to po prostu nic nie znajdzie w necie. Nikt nie chce pisnąć ani słowa na ten temat, to największe WTF tej wystawy, serio.

Domyślam się, że może tym przesłaniem miała być beka z plastiku, bo spójrzcie na kolejną pracę, tym razem innego autora:

 

 

I pamiętajcie, wg głosów z netu możecie ocenić to badziewie dopiero po rozmowie z jego autorem, bo nic innego was do tego nie uprawnia xddd

W sumie to dość świeże podejście, bo tej pory słyszeliśmy: a wy co właściwie robicie, dwóch kwiatów nie umielibyście sklecić, umiecie tylko wylegiwać się na tych blogach i instagramach, a robić nie ma komu.

Ogród, czyli niby strefa relaksu

Jakoś głupio pocięłam te zdjęcia w kolażu, ale może ogarniecie. Mamy tu kortenowe ściany, przypadkowe krzaki i byliny i ledwo zipiące drzewa obłożone trawką.

 

 

I teraz mi powiedzcie – ile na tych zeteżetach można maglować korten?

Znając zamiłowanie warszawiaków do taplania w reliktach przeszłości może to potrwać jeszcze 74 lata.

Tak, pojedziesz tam w roku 2k92 i zobaczysz plakat z podobizną kortenu i napis: korten 2k18 #pamiętamy.

Więc ogólnie podsumowując tę warszawską przygodę

Nie chcemy już w tym uczestniczyć. Nie widzimy żadnej nadziei, chcieliśmy tam znaleźć inspirację na jesień, chęci do działania, chcieliśmy usłyszeć, że branża jednak nie umiera, że jednak nie wydarza się to, co przeczuwaliśmy już w marcu, ale to się jednak dzieje.

W zeszłym roku długa zima, w tym susza – to wszystko powoduje, że firmy są jeszcze słabsze i biedniejsze niż były, szkółki mają doła, przedsiębiorstwa się nie chcą wystawiać, bo nie mają hajsu, nawet jak się wystawiają, to jak dziady, ale nie ma się co dziwić, że nie widzą potencjału w polskim rynku.

Bo polski rynek to nadal janusz i grażyna, których już nie chce nam się edukować, inspirować, ani nawet krytykować – bo widzimy, że jest to bezcelowe.

I organizatorzy ztżów są, można powiedzieć, na czubku tej piramidy, jakbym ja miała się jeszcze raz użerać z tym całym środowiskiem, to na ich miejscu po prostu machnęłabym ręką i sobie poszła, co też właśnie niniejszym czynię razem z C i D.

 

Autor: wera

redaktorka naczelna BLOGA miejskiOGRODNIK - moja przygoda z ogrodnictwem odbywa się na wielu płaszczyznach, jedną z nich, jest dzielenie się z Wami moimi ogrodniczymi historiami

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *